Łzy, pot i krew
Powstająca przez ponad rok między Francją a Polską wystawa „Żniwa smutku” Alexisa Pugeta w Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej jest przestrzenią, w której znalezione przedmioty, archiwalia i okazy natury tworzą opowieść przypominającą filmowy plan zdjęciowy.
Powstająca przez ponad rok między Francją a Polską wystawa „Żniwa smutku” Alexisa Pugeta w Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej jest przestrzenią, w której znalezione przedmioty, archiwalia i okazy natury tworzą opowieść przypominającą filmowy plan zdjęciowy. Zamiast jednej narracji proponuje wiele możliwych historii. Z artystą – Alexisem Pugetem oraz kuratorką – Orianą Radziuk rozmawia Diana Lenart.
Jak zaczęła się wasza współpraca?
Alexis Puget: Po raz pierwszy przyjechałem do Gdańska w 2024 roku na niemal dwumiesięczną rezydencję, a rok później wróciłem na kolejne trzy tygodnie. Początkowo prowadziłem badania – poznawałem miasto, obserwowałem je, zbierałem przedmioty i historie. Dopiero później, wspólnie z Orianą, doszliśmy do wniosku, że z tego materiału może powstać wystawa. Pracujemy razem od około półtora roku.
Oriana Radziuk: Poznaliśmy się podczas pierwszej rezydencji Alexisa w ŁAŹNI. Na początku jedynie rozmawialiśmy o jego praktyce artystycznej. Gdy wrócił do Gdańska, zaczęliśmy rozwijać pomysł, który z czasem przechodził kolejne zmiany, dostosowując się do przestrzeni galerii i możliwości instytucji. Cieszy mnie, że projekt będzie prezentowany również w innych miejscach – to znaczy, że nadal żyje.
Przedmioty zgromadzone na wystawie pochodzą z różnych krajów.
AP: Większość znalazłem we Francji i w Polsce – w sklepach z używanymi rzeczami, na internetowych aukcjach albo otrzymałem je od innych osób. Interesują mnie obiekty, które mają za sobą własną historię i wielokrotnie zmieniały funkcję. Dobrym przykładem są kinowe fotele. Najpierw służyły w prawdziwym kinie, później trafiły do firmy przygotowującej scenografie filmowe, gdzie udawały kina na planach zdjęciowych. Teraz funkcjonują jako element wystawy. Fascynuje mnie ten nieustanny obieg przedmiotów i znaczeń.
Każdy element wystawy wydaje się prowadzić do kolejnej historii.
AP: Od początku zależało nam na stworzeniu jednej, spójnej przestrzeni, a nie zbioru pojedynczych dzieł. W instytucji publicznej można potraktować wystawę jak całość – niemal jak scenografię filmu. Każdy obiekt jest śladem czegoś większego, ale nie prowadzi do jednego rozwiązania. To widz składa własną opowieść z napotkanych tropów.
OR: Myśleliśmy o tej ekspozycji jak o świecie, do którego się wchodzi. Bliskie było nam pojęcie liminal spaces – miejsc zawieszonych między tym, co znajome i obce. Jedni odbierają wystawę emocjonalnie, inni traktują ją jak łamigłówkę albo skupiają się na jej estetyce. Nie ma jednej właściwej interpretacji.
Zauważyłam, że zwiedzający często wracają od obiektów do tekstu kuratorskiego i z powrotem. Też tak robiłam.
OR: To prawda. Nie chcieliśmy utrudniać odbioru, więc zostawiliśmy przestrzeń dla różnych sposobów patrzenia. Najciekawsze są rozmowy, które słyszę podczas oprowadzania – każdy opowiada sobie tę wystawę inaczej.
Jednym z najbardziej intrygujących elementów wystawy są owady. To głównie ćmy?
AP: Przede wszystkim ćmy, choć pojawiają się również motyle. Od dawna pracuję z owadami, interesuje mnie sposób, w jaki zmienia się nasze postrzeganie natury. Podczas pobytu w Gdańsku poznałem poszukiwaczy bursztynu. Wielu z nich śledzi także burze – obserwują wiatr, fale i zachowanie przyrody. Zwracają uwagę między innymi na ćmy. Gdy ich lot staje się nagle chaotyczny, może to zapowiadać nadchodzącą burzę. W tym sensie stają się naturalnymi detektorami zmian.
W pewnym momencie przestałam próbować rozszyfrować wszystkie tropy. Wystawa przypomniała mi początek „Blue Velvet” Davida Lyncha – scenę odnalezienia ludzkiego ucha w trawie. Jedno odkrycie prowadzi tam do kolejnych pytań. Tutaj jest podobnie – każdy przedmiot wydaje się wskazówką, ale żadna interpretacja nie zostaje narzucona.
OR: Od początku zależało nam na stworzeniu przestrzeni, która bardziej uruchamia wyobraźnię, niż daje gotowe odpowiedzi. Jedni odbierają ją emocjonalnie, inni próbują odczytać wszystkie symbole. Oba sposoby są równie wartościowe.
Podczas rezydencji często zapisywałeś jedno słowo: „bezsenność”.
AP: Miewam okresy bezsenności i właśnie wtedy taki czas nadszedł. Mieszkałem samotnie z widokiem na port i po kilku tygodniach granica między dniem a nocą zaczęła się zacierać. Noce spędzałem z poszukiwaczami bursztynu, nagrywając burze i pracując z dźwiękiem. Komponowałem też muzykę. Choć nie znalazła się na wystawie, wpłynęła na sposób, w jaki myślałem o czasie i przestrzeni. Film pojawił się dopiero pod koniec pracy nad ekspozycją. Zalewa widza obrazami, podczas gdy rzeźby pozostawiają puste miejsca, które każdy może wypełnić własną wyobraźnią.
Kusi, żeby coś z tej wystawy wynieść i trzymać w domu jak relikwię.
OR: Zdarzyło się też, że niektóre elementy zniknęły jeszcze przed otwarciem. W windzie umieściliśmy parę lateksowych butów, ale wyglądały tak przekonująco, że odwiedzający uznawali je za pozostawione przez kogoś rzeczy. Musieliśmy je usunąć także z powodów bezpieczeństwa przeciwpożarowego. To pokazało, gdzie przebiega granica między dziełem a codziennością. Ta ćma, którą widziałaś na wystawie, to bielinek, zastąpiła pierwszą – pluszówkę Agatkę.
Co się stało z Agatką?
OR: Powiedzmy, że nie ma już jej wśród nas.
AP: Interesują mnie właśnie takie sytuacje – kiedy nie wiadomo, czy coś jest częścią wystawy, czy zwykłym przedmiotem. Niektóre prace istnieją już tylko na planie ekspozycji, jak duchy po nieobecnych obiektach.
OR: Najważniejsze nie jest jednak to, czy ktoś odczyta wszystkie odniesienia. Symbole zawsze można wyjaśnić. Znacznie cenniejszy jest moment, w którym wystawa porusza widza, zanim jeszcze zdąży ją zrozumieć.
Właśnie z takim poczuciem wyszłam z galerii. Nie myślałam już o rozszyfrowywaniu znaczeń, lecz o utracie i o tym, że każdej stracie może towarzyszyć nieoczekiwane odnalezienie czegoś nowego. I to chyba najcenniejszy ślad, jaki zostawiają „Żniwa smutku”.
Tekst ukazał się w numerze 18 (wrzesień - październik 2026).
