Miasto. Pierwsze kroki #3: Kaktus na parapecie
Skąd wniosek, że mieszka tu ktoś lub że nie mieszka tu nikt? W mieście tak atrakcyjnym i magnetycznym jak Gdańsk to właśnie tutejszość jest dla mnie utęsknioną egzotyką.
Skąd wniosek, że mieszka tu ktoś lub że nie mieszka tu nikt? W porze ożywionej turystyki pokrzepiający jest widok tych, którzy znikają w kamienicach o stałych porach, taszcząc codzienność w zakupowych siatkach. W mieście tak atrakcyjnym i magnetycznym jak Gdańsk to właśnie tutejszość jest dla mnie utęsknioną egzotyką.
Siłą miast turystycznych są oczywiście monumenty wielkiej wagi, atrakcje-jak-nigdzie-indziej, zasoby w muzeach. Jest nią również lokalność o cechach szczególnych, a tym samym atrakcyjnych. Taka, którą mamy ochotę podejrzeć z pozycji niezaangażowanej, choć jednocześnie dajemy się uwieść wizji pozostania tam już na zawsze. Romantyzujemy, projektujemy alternatywne scenariusze własnego życia. A przede wszystkim zarzucamy obowiązki, bo nie po to leci się do rozgrzanej południowym słońcem mieściny, by odtwarzać obmierzłe rutyny poniedziałko-piątkowe. Za każdym rogiem czai się tam skromne lub buńczuczne piękno: pranie rozwieszone między kamienicami, okiennice chroniące przed spiekotą, łomot garnków w porze kolacji. Spróbujmy odwrócić perspektywę – dlaczego ten sam łomot traci swoją sentymentalną aurę w stałym sąsiedztwie? Czego inni mogą poszukiwać u nas i co mogą tu znaleźć?
Siedzę na ławce przy ulicy Długiej. Jest wcześnie, słońce jeszcze nie męczy, ale już zapowiada swoje plany na dziś. Para dojrzałych osób wyposażonych w podróżne plecaki stanęła przy gablocie z bursztynem. Ich opalone ciała i szlachetna siwizna pasują do srebra i żywicznej złocistości. Po lewej, w głębi kadru ktoś wychodzi z lokalu na parterze, żeby odsłonić żaluzję i uwolnić markizę. Podejrzewam, że wykonuje tę samą sekwencję w każdy letni poranek. Robi to dla innych, żeby gościć. Kilkanaście metrów dalej sprzedawczynie lodów suną opuszkami po ekranach. Ostatnie chwile na wchłonięcie internetu, sezonowa maszyna zaraz ruszy.
Odrywam wzrok od ich porannych przygotowań, żeby przenieść go na wyższe kondygnacje kamienic. To, co leży na cudzym parapecie, jest wbrew pozorom wyznacznikiem kondycji miasta. Wielce prawdopodobne, że w miejscu, gdzie zasiedliła się sterta książek i łysawy kaktus, pojawi się też od czasu do czasu człowiek. Zwykle ten sam. Powtarzalność tego rodzaju jest objawem zdrowej stabilności. To jak z praniem, które bezwstydnie wisząc, komunikuje: tu się żyje. A im więcej, im wyraźniej mówi, tym trudniej o deregulację porządku i roztrzaskanie lokalnych więzi.
Inne wspomnienie, z drugiej strony Bałtyku. W narożnej knajpce czekam na towarzysza. Okna otwierające wnętrze na trzy strony dają mi szeroki obraz na kopenhaskie popołudnie. Widzę posągowych Duńczyków na rowerach oraz ich rumiane dzieci wożone w przyczepkach. Mimo ciągłego ruchu w powietrzu czuć spokój i pewność, że tak właśnie powinno wyglądać miasto w środku tygodnia, niezależnie od sezonu. Oczywiście, że robię zdjęcie i zapamiętuję ten moment na długo. Prawdopodobnie dlatego, że ujął mnie swoją autentycznością. Z jakiegoś powodu to jedno miasto nie musi dążyć do miana drugiej, trzeciej czy piątej Kopenhagi.
Wracając do Gdańska: na czym polega jego szczególna tożsamość, wyjątkowa miejskość? Co zachowują w swoich pamięciach przyjezdni? Żeby znaleźć odpowiedź, trzeba najpierw zrobić miejsce na refleksję. Można podążyć tropem Georgesa Pereca, mistrza w rozkładaniu rzeczywistości na pojedyncze elementy. Jak nikt inny spisywał i katalogował ją. W książce „Przestrzenie” wypunktował rzeczy, które od czasu do czasu należałoby robić systematycznie, żeby podgrzewać własną ciekawość i nie stracić ostrości spojrzenia.
W budynku, w którym mieszkamy: pójść z wizytą do sąsiadów; zobaczyć, co jest, na przykład, na ścianie, którą z nimi dzielimy; (…)
zauważyć, że coś na kształt wyobcowania może się pojawić w wyniku tego, że wejdziemy na górę schodami B zamiast schodami A, albo że mieszkając na drugim piętrze, wjedziemy windą na 5.
(…) W innych budynkach: patrzeć na nie; podnosić głowę (…).
Aktualny numer dwumiesięcznika „teraz!” trafia do rąk czytających z początkiem jesiennych miesięcy. To czas, kiedy miasto może wziąć głębszy oddech, staje się lżejsze, mniej zagęszczone. Być może to dobra okazja, by uwolnione przestrzenie zacząć doceniać? Podnieść głowę i pójść z wizytą?
Tekst ukazał się w numerze 18 (wrzesień - październik 2026).
