Syntezator sztuki
Piętnasta odsłona festiwalu muzyki współczesnej NeoArte nie pozostawia wątpliwości - muzyka nowa ma w Gdańsku stałą, jakościową platformę. O zespołowych i festiwalowych planach opowiada Paweł Kapica.
Piętnasta odsłona festiwalu muzyki współczesnej NeoArte nie pozostawia wątpliwości – muzyka nowa ma w Gdańsku stałą, jakościową platformę. O zespołowych i festiwalowych planach opowiada Paweł Kapica.
Nie chciałbym być ciekawski, ale nie mogę się powstrzymać… NeoQuartet w ostatnim czasie przeszedł zmianę osobową. To raczej nie było łatwe, zwłaszcza dla zespołu o takim stażu.
To było zupełne zaskoczenie dla zespołu. W grudniu zeszłego roku nasz wiolonczelista Krzysiek Pawłowski, między jednym utworem a drugim, nagle wypalił, że musi odejść z kwartetu. Zamurowało nas i zapadła chyba piętnastominutowa cisza. Krzysiek postanowił sporo zmienić w swoim życiu, chciał zająć się czymś innym i jego odejście z naszego kwartetu było właśnie jednym z następstw tej decyzji. Powiedział nam o wszystkim w grudniu, a do końca kwietnia mieliśmy zaplanowanych jeszcze dwadzieścia pięć koncertów na całym świecie. Na szczęście został z nami przez ten czas. Cieszyliśmy się, że tak dużej zmiany nie musimy przeprowadzać w samym środku rozpędzonej machiny koncertowej, choć mimo wszystko było to dla nas bardzo duże przeżycie.
Pamiętam, że przez mniej więcej pół roku trwała taka żałoba, oczywiście w pozytywnym sensie, bo przecież współpracowaliśmy przez dwadzieścia lat, a zaczynaliśmy od jednego koncertu rocznie. Mnóstwo razem przeżyliśmy: tysiące utworów, setki koncertów i bardzo wiele wspólnych doświadczeń.
Karolina i ja wskazaliśmy właściwie jednego kandydata na następcę Krzyśka – Antka Majewskiego. Co zabawne, znaliśmy go wyłącznie z Instagrama, więc po prostu do niego zadzwoniliśmy i okazało się, że jest zainteresowany. Od tamtej chwili zaczął się proces zmiany, a kwartet na pewien czas stał się pięcioosobowy, bo Krzysiek przekazywał Antkowi swoje doświadczenia, nuty, repertuar i całą wiedzę związaną z funkcjonowaniem zespołu. Dzisiaj Antek nie ma łatwego zadania, ponieważ na niemal każdym koncercie gra nowe utwory, a przez dwadzieścia lat działalności w poprzednim składzie zgromadziliśmy naprawdę sporo repertuaru. Jest świetnym wiolonczelistą, znakomicie orientuje się też w świecie muzyki współczesnej. Ma przy tym bardzo ciekawe zaplecze rodzinne – jego ojciec, nieżyjący już Jacek Majewski, zakładał klub Mózg w Bydgoszczy, a matka Elżbieta Jabłońska jest artystką sztuk wizualnych. Gramy razem już od kilku miesięcy i wszystko rozwija się bardzo dobrze. Antek mieszka w Bydgoszczy, ale coraz wyraźniej dostrzega, że przy takim trybie pracy będzie musiał przeprowadzić się do Gdańska.
Czy od samego początku waszym celem był obecny kształt festiwalu, czy raczej wyczuwaliście tę drogę na bieżąco i w pewnym sensie szliście na żywioł?
Ani kwartet, ani festiwal nie miały łatwych początków, bo wszystko wymagało dużego zaangażowania, szukania różnych ścieżek, a czasem po prostu prób i błędów. Nie baliśmy się też pracy organizacyjnej, często zupełnie niezwiązanej z samym zawodem muzyka, i z czasem to podejście zaczęło procentować. Była to więc mieszanka planowania i eksperymentowania, nieraz prowadząca do bardzo zaskakujących rezultatów. Festiwal powstał mniej więcej w piątym roku naszej działalności, stąd zbieżność jubileuszy, a przed oczami mieliśmy wtedy inspirujący przykład Royal String Quartet. Oczywiście nie chodziło nam o kontekst muzyki współczesnej, lecz raczej o sam sposób funkcjonowania zespołu kameralnego. Za radą ówczesnego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego założyli oni własny festiwal, i to w czasach, gdy prowadzenie takich przedsięwzięć było znacznie trudniejsze niż dziś. Przede wszystkim w Polsce nie istniały jeszcze warunki finansowe, które pozwalałyby organizacjom pozarządowym zdobywać większe dofinansowania.
Zainspirowaliśmy się ich przykładem i w 2011 roku założyliśmy stowarzyszenie, co znacznie ułatwiło nam pozyskiwanie środków na dalszą działalność. Pierwszą edycję zorganizowaliśmy dzięki niewielkiej dotacji od ZAiKS-u. Brzmi to skromnie, ale kiedy zobaczyliśmy, jak taki festiwal funkcjonuje, ile daje satysfakcji i jak bardzo wspiera działalność kwartetu, postanowiliśmy go rozwijać i kontynuować – aż po dzisiejszą, piętnastą już, pięciodniową edycję. Myślę, że przez ten czas udało nam się godnie rozbudować NeoArte i zaprosić interesujących artystów z wielu zakątków świata, między innymi Helsinki Chamber Choir, z którym współpracujemy już od dobrych pięciu czy sześciu lat.
Jestem z młodszego pokolenia odbiorców – nie mieszkałem jeszcze w Gdańsku, a NeoArte już istniało. Czy festiwal był interdyscyplinarny właściwie od samego początku, czy raczej wszystko zaczęło się od muzyki, która z czasem zaczęła otwierać się na inne dziedziny?
To był proces. Od początku byliśmy otwarci na multidyscyplinarność, rozumianą przez nas jako jedną z naturalnych cech muzyki współczesnej, choć dziś wydaje się to już właściwie czymś oczywistym. Takie kompozycje pojawiały się u nas od bardzo wczesnych edycji, ale nie zawsze wynikało to ze świadomego i celowego stawiania interdyscyplinarności na pierwszym miejscu. Na początku nazywaliśmy się zresztą „Spektrum muzyki nowej” i, o ile dobrze pamiętam, przez około cztery lata mieliśmy właśnie taki podtytuł.
Ja poznałem was już pod nazwą „Syntezator sztuki”.
W pewnym momencie pracowaliśmy z grupą grafików i podczas roboczych rozmów dotyczących kolejnej edycji festiwalu, kiedy zespół przedstawiał nam różne pomysły, ktoś po prostu użył sformułowania „syntezator sztuki”. Bardzo nam się ta nazwa spodobała, więc postanowiliśmy z niej skorzystać. Co ciekawe, było to spojrzenie człowieka, który nie jest ani muzykiem, ani kompozytorem, tylko po prostu osobą kreatywną, patrzącą na całość z nieco innej perspektywy. My zawsze staramy się pozostawać otwarci na takie twórcze spojrzenie z zewnątrz – stąd między innymi nasza współpraca z Piotrem Wyrzykowskim, Filipem Ignatowiczem czy Maćkiem Konopińskim.
Ma to również wpływ na sam kwartet, który z jednej strony jest trochę ograniczony klasycznym instrumentarium, a z drugiej tworzą go muzycy wykształceni w akademiach, mający za sobą formalną, wieloletnią edukację. Staramy się więc świadomie wychodzić poza ten schemat i bardzo cenimy perspektywę osób, które szły odmiennymi drogami, a przez to nieco inaczej odbierają sztukę współczesną. To również był proces, który stopniowo rozwijał się w naszych głowach, i mam wrażenie, że z każdym rokiem staje się coraz bardziej widoczny. A jego efekty, jak co roku, usłyszymy już niedługo – startujemy 21 października.
Tekst ukazał się w numerze 18 (wrzesień - październik 2026).
